niedziela, 13 marca 2016

Las Palmas - Real Madryt. Każde spotkanie Realu to wielka niewiadoma. Dlaczego? Bo Ronaldo...


Następny i następny rywal do pokonania albo… Tak myślą kibice Realu przed każdym meczem, ponieważ Real jest nieobliczalny. Czasami wygrywa bardzo wysoko, a czasami nie razi sobie w meczach, które powinien wygrać przed pierwszym gwizdkiem. Po erze Ancelottiego Real jest tak niestabilny jak w czasach wielkiego Galacticos z tą różnicą, że wtedy Barcelona nie była taka silna. Kiedy zaczyna się mecz pozostaje pytanie czy Real strzeli pierwszego gola i pójdzie za ciosem, czy raczej zostanie zatrzymany przez przeciwnika i będą problemy do końca. Czy Ronaldo wyjdzie na boisko, czy jeszcze zostanie w … łazience.


W Las Palmas zaczęło się z dreszczykiem, bo gdyby w 10 minucie Da Silva Willian Jose wykorzystał sytuację i oszukał Navasa piłkarze z Wysp Kanaryjskich wygrywaliby 1 : 0. Niedługo potem Angel Montoro w 13 minucie też miał szansę, jednak posłał piłkę w niebo. Zgodnie z powiedzeniem, że sytuacje bramkowe się mszczą w 24 minucie Sergio Ramos  wyskoczył do piłki najwyżej (zresztą to robi bardzo dobrze) po dośrodkowaniu z rzutu rożnego wykonywanego przez Isco i bramkarz nie miał żadnych szans. 0 : 1 stało się faktem.

Stadion, na którym zasiadło ponad 30 tysięcy kibiców miało doskonałą zabawę, ponieważ bawili się bez względu na to co działo się na boisku. Zawodnicy czasami dołączali się do tej zabawy i kreowali ciekawe, szybkie akcje. Jednak pod koniec pierwszej połowy gra stała się chaotyczna, tempo osłabło i w porównaniu z tym co się działo w meczu FC Sevilli i Villareal mecz wyglądał jak trening. Od czasu do czasu Ronaldo próbował się przebić przez obronę, ale bez spektakularnych efektów.
Po pierwszej połowie:

 
Ronaldo wygwizdywany przez kibiców z wyspy przy każdym dotknięciu piłki. Nie wiadomo czy jak się nie zdenerwuje to nie kupi Wysp Kanaryjskich na spółkę z Messim, na przykład… Zawodnicy Las Palmas nie poddali się. Przed tym spotkaniem zajmowali 15 miejsce w tabeli z 4 punktami nad strefą zagrożoną. Walczyli, bo mieli o co walczyć. A z drugiej strony fajnie jest grać w piłkę będąc nieustannie na wakacjach.

W 54 minucie skończyły się na chwilkę wakacje, bo piłkarze zabrali się do awantury. W takich chwilach po stronie Realu zawsze stoi Ramos, a po stronie Las Palmas Lemos - też obrońca. Piłkarze zorientowali się, że sędzia nie będzie pobłażać i wykazali skruchę. Piłkarsko nie działo się nic. Co kilka minut piłkarze faulowali się nieprzyjemnie. W 60 minucie Pepe zatrzymał zawodnika wychodzącego sam na sam. Sędzie mógł pokazać czerwoną, a skończyło się tylko na żółtej. Za moment mógł obudzić się z letargu Bale, ale nie strzelił... śpi dalej. Obudź się Bale'u! 

Las Palmas grało tak, że drużyna Realu rozczarowała. Najlepszym piłkarzem na boisku był Keylor Navas, który bronił jak natchniony. Dobrze, że Real ma takiego bramkarza. No cóż... to zamożny klub. 
Natomiast trener gospodarzy tak głośno komentował decyzje sędziego, że arbiter w sposób spektakularny zwrócił uwagę krzykaczowi Quique Setién. Mecze piłki nożnej czasami zaskakują komicznymi sytuacjami. I jeszcze przekomicznie wykonany rzut wolny wykonany przez Las Palmas w 74 minucie, w czasie którego prowokacja zawodnika udającego kopnięcie w piłkę została ukarana żółtą kartką. 

Piłkarze Realu chcieli już jak najmniejszym nakładem sił skończyć i wracać z trzema punktami, zawodnicy Las Palmas biegali tak jakby grali pierwsza połowę. Biegali i biegali... Chwilami mecz mógł przypominać spotkanie z udziałem FC Barcelony i ich bardzo wysokim presingiem. 
Ostatnie dziesięć minut nadziei dla Las Palmas to granie Realu tysiącem podań i graniem na utrzymanie. Las Palmas skarciło w 88 minucie wielki Real i doprowadziło do remisu. I zaczął się mecz. I trwał dwie minuty. Real w 90 minucie dobił Las Palmas strzelając na 1 : 2. Jeszcze Ramos dostał czerwoną kartkę i koniec emocji, które tak naprawdę trwały trzy, może cztery minuty.